Pomiń menu
Spis treści
Menu

Miasto

Czy drzewa w donicach uratują betonowy plac?

Po fali krytyki betonowych placów miasta zaczęły wstawiać na nie drzewa w donicach. Czasem to rozsądny kompromis, czasem kosztowna dekoracja, która po kilku latach trafia do kompostu. Różnica zależy od kilku decyzji, które zapadają, zanim ktokolwiek zamówi skrzynie.

Tekst: Magda 5 min czytania

Drzewa w dużych donicach na brukowanym placu miejskim

Kilka lat temu w polskiej debacie o przestrzeni publicznej pojawiło się słowo „betonoza”. Szybko przyjęło się jako skrót na place i rynki, z których wycięto zieleń, a na jej miejscu położono kamień lub kostkę. Krytyka była często zasłużona. Reakcje miast bywały różne: od przebudów z posadzeniem drzew w gruncie, przez mniejsze korekty, po najszybsze rozwiązanie, czyli wstawienie drzew w donicach.

Donice na placu budzą emocje. Dla jednych to dowód, że miasto słucha mieszkańców. Dla innych kosmetyka, która ma przykryć błąd projektowy. Jako architektka, która przez lata rysowała zieleń w projektach obiektów komercyjnych, mam do nich stosunek mieszany. I chcę wyjaśnić dlaczego.

Drzewo potrzebuje przede wszystkim gleby

To, co widzimy nad ziemią, jest tylko połową drzewa. Druga połowa to system korzeniowy, który w naturalnych warunkach rozrasta się szeroko, zwykle na obszarze większym niż zasięg korony, i płytko, bo tam jest tlen i woda. Drzewo w gruncie ma do dyspozycji ogromną objętość gleby. Drzewo w donicy ma tyle, ile zmieści pojemnik.

To jest sedno sprawy. W donicy o objętości kilku metrów sześciennych drzewo może rosnąć przez jakiś czas, ale jego rozwój będzie ograniczony. Korona nie osiągnie rozmiarów, jakie miałaby w gruncie, a cień, dla którego drzewo postawiono, będzie skromny. Po kilku, kilkunastu latach drzewo trzeba wymienić albo przesadzić, bo zaczyna marnieć.

Różnica jest więc zasadnicza. Drzewo w gruncie z latami daje coraz więcej: więcej cienia, więcej chłodu, więcej retencji wody. Drzewo w donicy od początku ma określony horyzont.

Kiedy donica ma sens

Nie chcę demonizować donic. Są sytuacje, w których są najlepszym albo jedynym możliwym rozwiązaniem.

Pod placem jest garaż lub tunel. Na płycie stropowej nie da się posadzić drzewa w gruncie, bo gruntu po prostu nie ma. Można zaprojektować głębokie nasadzenia w strefach, gdzie strop jest obniżony, ale to decyzja na etapie budowy, nie przebudowy. Donica bywa wtedy jedynym wyjściem.

Gęsta sieć instalacji podziemnych. W historycznych centrach miast pod nawierzchnią biegną rury, kable, kanały, często w nie do końca znanym przebiegu. Posadzenie drzewa w gruncie wymaga przełożenia instalacji albo znalezienia dla niego wolnego miejsca. Czasem to realne, czasem nie.

Rozwiązanie tymczasowe. Donica może być etapem przejściowym: zanim miasto przygotuje przebudowę, testuje, gdzie ludzie potrzebują cienia i gdzie drzewo nie będzie przeszkadzać w wydarzeniach. Pod warunkiem że przebudowa rzeczywiście nastąpi.

Obiekty zabytkowe i kontekst. Na niektórych historycznych placach sadzenie drzew w gruncie budzi wątpliwości konserwatorskie. Mobilna zieleń bywa wtedy kompromisem akceptowalnym dla wszystkich stron.

Kiedy donica to błąd

Donice są złym rozwiązaniem, gdy zastępują drzewa w gruncie tam, gdzie mogłyby one rosnąć. Czyli wtedy, gdy są reakcją na krytykę, a nie wynikiem analizy. Postawienie kilkunastu donic na świeżo wybetonowanym placu, na którym jeszcze przed chwilą rosły drzewa, to przyznanie się do błędu bez jego naprawienia.

Donice są też złe, gdy ich nie da się utrzymać. Drzewo w pojemniku wymaga regularnego podlewania, w upał nawet codziennie. Wymaga nawożenia, kontroli, ochrony przed przemarzaniem korzeni zimą. Jeśli miasto nie ma na to budżetu i ludzi, po dwóch, trzech latach widzimy uschnięte pnie w eleganckich skrzyniach. To gorszy obraz niż pusty plac.

Plac miejski z drzewami dającymi cień nad nawierzchnią
Fot. 02 Plac miejski z drzewami dającymi cień nad nawierzchnią

Co decyduje o przetrwaniu drzewa w donicy

Jeśli już donica, to dobrze zaprojektowana. Kilka czynników decyduje o tym, czy drzewo przetrwa dłużej niż jeden sezon.

Objętość. Im większa, tym lepiej. Małe donice, w których mieści się tylko bryła korzeniowa ze szkółki, to rozwiązanie na kilka lat. Duże, wielometrowe skrzynie dają szansę na dłuższy rozwój.

Nawadnianie. Automatyczne systemy nawadniania, najlepiej z czujnikami wilgotności, znacząco zwiększają szanse. Ręczne podlewanie z beczkowozu w upały jest zawodne.

Materiał i izolacja. Donica z cienkiej blachy w słońcu nagrzewa się mocno, a zimą przemarza. Ściany izolowane, grube, z materiału o dużej masie, stabilizują temperaturę korzeni.

Dobór gatunku. Nie każde drzewo znosi warunki pojemnika. Gatunki o płytkim, zwartym systemie korzeniowym i dużej tolerancji na suszę radzą sobie lepiej. To decyzja dla dendrologa lub doświadczonego architekta krajobrazu, nie dla projektanta nawierzchni.

Drenaż. Woda musi mieć którędy odpływać, inaczej korzenie gniją. Na jednym z placów, które oglądałam po realizacji, donice nie miały ani jednego otworu w dnie i po deszczowym tygodniu stała w nich woda po brzegi.

Lepsze od donic: sadzenie w gruncie z systemami ochrony korzeni

Tam, gdzie się da, znacznie lepiej sadzić drzewa w gruncie, nawet pod nawierzchnią utwardzoną. Istnieją systemy, które pozwalają na to w centrach miast: modułowe skrzynie podziemne przenoszące obciążenie nawierzchni i jednocześnie wypełnione glebą dostępną dla korzeni, a także specjalne mieszanki podłoży strukturalnych, które są wystarczająco nośne dla chodnika i wystarczająco porowate dla korzeni.

Takie rozwiązania są droższe i trudniejsze w projektowaniu niż donica. Wymagają koordynacji z instalacjami, konstrukcją nawierzchni i gospodarką wodną. Ale w perspektywie kilkudziesięciu lat dają drzewo, które rośnie, zamiast drzewa, które się wymienia.

W takich układach można też powiązać drzewa z wodą opadową, kierując do ich stref korzeniowych deszcz z nawierzchni placu. Drzewo dostaje wodę, a kanalizacja deszczowa jest mniej obciążona podczas ulew.

Donica jako mebel miejski

Jest jeszcze jedna perspektywa, o której rzadko się mówi. Dobrze zaprojektowana donica może być nie tylko pojemnikiem na drzewo, ale też elementem przestrzeni: siedziskiem, oparciem, krawędzią. Pisałam o tym w tekście o placach, na których się siedzi: ludzie lubią usiąść na murku, mając za plecami coś stabilnego. Szeroka krawędź donicy na wysokości krzesła, osłonięta koroną drzewa, to jedno z najlepszych miejsc do siedzenia w mieście.

Wystarczy zaprojektować donicę z myślą o ludziach, a nie tylko o roślinie. Drewniana nakładka na krawędzi, która nie nagrzewa się jak kamień, wysokość mniej więcej 45 centymetrów, stabilna forma. Wtedy nawet tymczasowa zieleń tworzy miejsce.

Rachunek, którego nikt nie pokazuje

Przy porównaniu donicy i drzewa w gruncie zwykle zestawia się koszty zakupu i montażu. Wtedy donica wygrywa, bo nie wymaga przebudowy nawierzchni ani przekładania instalacji. Ten rachunek jest jednak niepełny. Do donicy trzeba doliczyć podlewanie przez kilka miesięcy w roku, serwis systemu nawadniania, nawożenie, a co kilka lub kilkanaście lat wymianę drzewa, często razem z podłożem.

Drzewo posadzone w gruncie kosztuje więcej na początku, ale po okresie ukorzeniania wymaga głównie pielęgnacji koron. Po dwudziestu latach daje wielokrotnie więcej cienia niż jakakolwiek donica. Prosiłabym każdego zarządcę placu, żeby przed decyzją zestawił te koszty w perspektywie co najmniej dwóch dekad. Wynik często zaskakuje.

Moja odpowiedź

Czy drzewa w donicach to rozwiązanie? Czasem tak. Tam, gdzie nie ma innej możliwości, gdzie są dobrze zaprojektowane i gdzie ktoś naprawdę o nie dba. Ale nie powinny być domyślną odpowiedzią na betonowy plac. Domyślną odpowiedzią powinno być drzewo w gruncie, z przestrzenią dla korzeni, z wodą i z perspektywą kilkudziesięciu lat wzrostu.

Gdyby zarządca placu zapytał mnie, od czego zacząć, poprosiłabym o jeden dokument: mapę instalacji pod nawierzchnią. Kiedy leży na stole, zwykle okazuje się, że przynajmniej w dwóch, trzech miejscach da się posadzić drzewo w gruncie. Donice można wtedy postawić tam, gdzie pod spodem naprawdę jest strop garażu.

Tekst

Magda, architektka, autorka Magazynu Widok

Architektka z Krakowa. Osiem lat w pracowni projektującej obiekty komercyjne, dziś pisze i konsultuje. Patrzy na budynki tak, jak patrzy się na nie przy desce: od rzutu, światła i materiału.

O autorce

Więcej w sekcji Miasto

Cała sekcja